fbpx

Autobiografia Adriana Smitha, jednego z najwybitniejszych gitarzystów wszechczasów! Premiera już 16 września!

dodano: 24 lipca 2020
Udostępnij:    Share Share

Na sukces Iron Maiden składa się nie tylko wspaniały wokal Bruce’a Dickinsona, ale również niesamowite brzmienie gitary Adriana Smitha. Mamy dla Was ekscytującą wiadomość! Już 16 września nakładem Wydawnictwa SQN pojawi się autobiografia tego wybitnego muzyka. I jedno możemy powiedzieć na pewno – książka potężnie Was zaskoczy:)

Przeczytajcie fragment, a dowiecie się, jaka to będzie niezwykła pozycja!


Choć cieszyłem się na kolejną trasę koncertową w 2019 roku, jakoś niespecjalnie radowała mnie perspektywa kolejnej wizyty w Miami. Ale ponieważ zbliżał się drugi odcinek trasy Legacy of the Beast, a pierwszy koncert mieliśmy zaplanowany w Fort Lauderdale, „miasto rozpusty” było naturalnym miejscem do zorganizowania prób. Opuszczenie Wielkiej Brytanii i jej spokojnych latem jezior i rzek było udręką, zwłaszcza że tamtego roku spędziłem w domu zaledwie sześć tygodni. Kolejne trzy miałem mieszkać w hotelu Ritz Carlton w Bal Harbour, w północnym Miami. Tak, wiem. Brzmi całkiem nieźle i luksusowo. Na co tu narzekać?

No cóż, z Miami jest trochę jak z Vegas – wszystko zależy od nastawienia. Jeśli wybierzecie się tam z nastawieniem mocno wakacyjnym, pewnie będziecie się znakomicie bawić. Można podziwiać jachty milionerów, szaleć całymi dniami na skuterach wodnych, a potem jeść i pić wieczorem do upadłego. Całkiem nieźle… Tyle że ja pojechałem tam do pracy i w głowie miałem przede wszystkim zbliżającą się trasę. Poza tym nie przepadam za skuterami wodnymi.

To był mój siedemnasty wypad koncertowy do Stanów. Podczas pierwszego, na trasie Killers w 1981 roku, byliśmy zaledwie supportem, grającym półgodzinne sety przed Humble Pie i gwiazdą wieczoru, Judas Priest. Dołączyłem do Maiden w październiku 1980 roku. A teraz, niemal 40 lat później, szykowałem się do kolejnej trasy.

Rozejrzałem się po okolicy, gdy jechaliśmy z lotniska do hotelu. Neonowy horyzont zapełniały sześciometrowe billboardy. „Pozbądź się problemów z erekcją. ZADZWOŃ 1800 WSTAŃ”. „Twój zawzięty prawnik!”. Niekończące się centra handlowe. W Ameryce można kupić niemal wszystko i od ręki, w przeciwieństwie do Wielkiej Brytanii, gdzie zapytanie o nawet najbardziej podstawowe rzeczy często powoduje głęboki oddech sprzedawcy i tekst: „W tym momencie nie mam nic na stanie… Ściągnięcie tego zajmie pewnie z kilka tygodni”. To jedna z zalet koncertowania w Stanach: sprzedawcy są tam niezwykle pomocni i nic nie jest dla nich zbyt dużym kłopotem.

Przed trasą zbiera mi się na przemyślenia, niczym bokserowi przed walką. Do głosu dochodzą wątpliwości. Czy jestem dobrze przygotowany? Cholera, może trzeba było więcej ćwiczyć, zamiast ciągle jeździć na ryby! Tyle że w przeciwieństwie do boksu, tu raczej nie skończy się na fizycznym bólu, a na strachu, że nawali się przed piętnastoma tysiącami fanów. To jak z tym snem, w którym idziesz zatłoczonym chodnikiem w centrum miasta i orientujesz się, że masz na sobie tylko prześwitujący podkoszulek. Strach jest bardzo skutecznym motywatorem. Potrzebuję go w stosownej dawce, żeby mieć się na baczności.

Oczywiście wziąłem ze sobą sprzęt wędkarski, bo w Stanach nie brakuje okazji, żeby zamoczyć kij. Spakowałem osobną walizkę ze sprzętem, przede wszystkim na bassy, plastikowe robaki, zestaw typu drop-shot[1] itd. Kupiłem też kilka teleskopowych wędek na karpia, więc spakowałem je razem z moim zaufanym uchwytem na wędki, namiotem, podpórkami i podbierakiem. Brzęczyk i końcówki upchnąłem w butach, skarpetkach i ciuchach koncertowych. Co do przynęty, wybór był prosty. Amerykańskie karpie nie są aż tak bystre jak te w Wielkiej Brytanii, więc wystarczy kukurydza lub konserwowa ciecierzyca. Cały ten bagaż powędrował następnie do jednej z ciężarówek przewożących nasz koncertowy sprzęt, gdzie czekał na odpowiedni dzień.

Dotarłem do hotelu wieczorem, w dzień przed rozpoczęciem prób, i wyczerpany długim lotem od razu poszedłem spać. Jak to zwykle bywa, gdy podróżuje się ze wschodu na zachód, następnego dnia wstałem wcześnie. Byłem rześki i głodny. Zamówiłem jajka z bekonem i kawę ($90.00: „Dziękujemy bardzo i życzymy miłego dnia!”). Przejrzałem leniwie hotelowy magazyn. Nie ma tam zbyt wiele wartościowych treści, głównie reklamy, w których próbują ci sprzedać rzeczy, których wcale nie potrzebujesz. „Twój samochód cię definiuje”, głosił jeden ze sloganów. Serio? To niestety niezłe podsumowanie najefektowniejszych okolic Miami, gdzie panuje przerost formy nad treścią. To być może jeden z cieni amerykańskiego snu. Wiele osób przybywa do Miami z biednych okolic Ameryki Południowej i Środkowej, gdzie trudno się dorobić bogactwa, ale kiedy już się je zdobędzie, trzeba się nim głośno chwalić. Tyle że to trochę jak z muzyką, która bije z głośników wszystkich oświetlonych neonami klubów (udającą R&B, choć to tak naprawdę komputerowa papka) – brak w tym wszystkim duszy.

Przypomniało mi się, że od dawna marzyłem, by pewnego dnia zaparkować starym, rozklekotanym autem obok jednego z tych odpicowanych, pretensjonalnych hoteli czy nocnych klubów, pomiędzy tymi wszystkimi ferrari i porsche. Zatrzymuję się i wysiadam, silnik wciąż pracuje, stukając i dudniąc, dym obficie wyziewa z rury wydechowej, która opadła na drogę. Z miną pokerzysty polecam parkingowemu odstawienie wozu na odpowiednie miejsce i zwracam mu uwagę, żeby go nie porysował…

Odsunąłem zasłony i musiałem przyznać, że widok z mojego pokoju na czternastym piętrze robił wrażenie. Na prawo miałem Atlantyk, zaś wprost przed sobą miejsce, w którym łączył się z labiryntem kanałów i jezior ciągnących się na zachód, oraz – w oddali – bagna Everglades. Przypomniałem sobie, że Floryda jest uznawana za raj dla wędkarzy. Na Florida Keys można zaszaleć z łowieniem na płytkich wodach, żyją tam żuchwiaki, megalopsy i rekordowo wielkie albule. A wszystko to dwie godziny jazdy od Miami. Poza oceanem znajduje się tu także jezioro Okeechobee, jedno z największych w Ameryce, a do tego bogate w bassy wielkogębowe. Ponadto Miami samo w sobie jest poprzecinane kanałami, w których także żyją ryby – karpie, tilapie i różne egzotyczne gatunki, takie jak cichle.

Cichle pojawiły się tam dwadzieścia kilka lat temu. Ich naturalnym środowiskiem jest zlewisko Amazonki. To żarłoczni drapieżcy, sprowadzeni do Miami, by kontrolować populację innych gatunków, które zbyt mocno rozprzestrzeniały się w wodach miasta. Pomijając krótkie okresy nietypowo niskich temperatur, których część z nich nie przeżyła, poradziły sobie z aklimatyzacją bardzo dobrze, choć nie są aż tak duże jak te z Ameryki Południowej. Tam dziewięciokilowe sztuki są uznawane za średnio duże, zaś największa cichla złowiona kiedykolwiek na Florydzie ważyła pięć i pół kilograma.

Miałem już nieco doświadczenia w znajdywaniu cichli. Kilka lat wcześniej też graliśmy próby w Miami i wykupiłem sobie wtedy wypad wędkarski z przewodnikiem, by je połowić. Napływaliśmy się wtedy sporo i z pomocą zawodowca udało mi się kilka z nich złowić. To był bardzo udany wypad. Ryby były całkiem niezłych rozmiarów, walczyły zaciekle i zachwycały urodą – były trochę jak nasze brytyjskie okonie, tylko bardziej kolorowe. Zarzucenie błystki gdziekolwiek w okolicy ryby powodowało natychmiastową reakcję – przynęta znikała w odmętach wody, a wędka podskakiwała gwałtownie w dłoniach.

Tym razem postanowiłem wybrać się sam – bez przewodnika, który będzie mi podpowiadał, jakiej użyć przynęty, gdzie ją zarzucił i tak dalej. Uznałem to za spore wyzwanie. Zasięgnąłem informacji i wytypowałem trzy lub cztery miejsca, które planowałem wypróbować.


[1] Zestaw pozwalający na szybką możliwość zmiany odległości haczyka od dna i dostosowanie się do ukształtowania podłoża.

Po więcej odsyłamy do książki. Już we wrześniu premiera, ale oczywiście wypatrujcie przedsprzedaży na SQN Store:)

AKTUALNOŚCI

Seria „Czas Żniw” i tr...

To już potwierdzone. Bestsellerowy cykl Samanthy Shannon i nagrodzona trzema statuetkami Hugo trylogia N.K. Jemisin zostaną zekranizowane! „Pęknięta ziemia” na dużym ekranie Za przeniesienie do kin cyklu „Pęknięta ziemia” będzie odpowiadać studio TriStar Pictures znane z filmów „Jumanji”, „Matylda” i „Dystrykt…

Pocztówka od Anety Jad...

Od Autorki: Droga Czytelniczko i drogi Czytelniku, „Garstki z Ustki” to seria równie zmienna jak pogoda nad Bałtykiem, miasteczko nadmorskie o różnych porach roku albo pensjonat przed sezonem, w trakcie sezonu i po sezonie. Zróżnicowana, jak różne są jej bohaterki:…

Zamiast niszczyć książ...

Nie chcemy niszczyć książek. Chcemy podzielić się nimi z osobami, które potrafią je kochać nawet z małymi wadami. I zrobić razem z wami coś dobrego! Dwa wydania książki „Morza wszeteczne” Dlatego od dziś w sprzedaży są dwa wydania „Mórz wszetecznych”….

rsz_1rsz_logo_biale-150x105-new

Więcej niż książka!
Wydawnictwo sine qua non

© Copyright – Wydawnictwo SQN 2010-2021

Go to Top